poniedziałek, 29 czerwca 2015

A na tytuł pomysłu nie mam

Cześć!
Dzisiaj przychodzę przepraszać za nieobecność i ogólnie, ale też odpowiedzieć na nominację od Tutti., która nominowała mnie do tagu, który polega po prostu na tym, żeby wymienić pięć blogów, które się czyta i uzasadnić dlaczego. kolejność przypadkowa ^^
Więc najpierw o tym, potem informacja, a potem recenzja!


Blog prowadzony przez dziewczynę o NIESAMOWITYM stylu pisania. Warto tam zajrzeć - Pola pisze naprawdę świetne recenzje i nie tylko. Niby zwykłe rzeczy - ale przy tym jest bardzo oryginalna! Ten blog jest po prostu zacny, tak jak jego autorka (czy człowiek może być zacny? To bez znaczenia, bo Ty, Polu, właśnie taka jesteś!).


Miejsce zamieszkiwane przez Kolorowe Stworzonko i mojego sobowtóra w jednym - czyli Olę ^^ Jej posty są niezwykle pomysłowe (mam nadzieję, że dobrze się wyraziłam). Pisze o swoich pasjach - muzyce, czytaniu, harcerstwie, Disney'u. Posty czyta się naprawdę szybko i przyjemnie, jej język jest po prostu boski! 

Czy to ja znalazłam Tutti, czy to Tutti znalazła mnie? Nie mam pojęcia, w każdym razie czytam bloga tej przyszłej poetki! No dobra, może wychodzę trochę za bardzo do przodu, ale, mam nadzieję, że gdzieś tam jeszcze będzie wiersze pisać, bo są przegenialne! Podoba mi się też forma postów. Jest taka... Lekka. I taka pozytywna :)

Z tym blogiem wiąże się ciekawa historia. Izę znalazłam zaraz po tym, jak założyłam sobie Instagram. Potem ogarnęłam, że ona ma bloga. I włażę tam często. Chłonę jak gąbka wodę jej świetne recenzje, TAGi i różne inne książkowe posty. 


Drzewo pomysłów zamieszkiwane przez Kotołaczkę, osobę genialnie piszącą i w ogóle chcę powiedzieć, że jej styl pisania jest taki... Niesamowity to za mało powiedziane. o tym blogu krótko, ale nie wiem, jak jeszcze wyrazić swój zachwyt!

**
I dziękuję Tutti za nominację. I za to, jak fajnie mnie opisała, zrobiło mi się bardzo miło ^^ Taguję wszystkich. 
**
Uwaga.
12 lipca wyjeżdżam na 3 tygodnie na obóz harcerski, więc postów nie będzie. Ale teraz są jeszcze dwa tygodnie, więc odpowiem na te nominacje, napiszę recenzję "Papierowych miast" i jakąś relację. Pasi? Pasi.
***
A teraz wrzucam recenzję, za którą zdobyłam wyróżnienie w XXIII konkursie na Recenzję Widowiska Teatralnego "Recenzja 2015" (no co? Ja też muszę się chwalić, tak od czasu do czasu...)
"Ten jest piękny, kto tworzy piękno"

Każdy to zna. Klasyka. "Ania z Zielonego Wzgórza" w teatrze, w którym grają aktorzy-amatorzy? Zapowiada się ciekawie. Siadam na krześle w Domu Kultury im. Wiktorii Kubisz i czekam na rozpoczęcie spektaklu przygotowanego przez uczniów Bielskiej Autorskiej Szkoły Aktorskiej im. Agnieszki Osieckiej, wyreżyserowanego przez panią  Agnieszkę Szulakowską – Bednarczyk.  Jest niedziela. 10 maja 2015 r. Kilka minut przed siedemnastą. Czy to będzie przyjemny wieczór...?
W końcu rozbrzmiewa ostatni dzwonek. Gasną światła. Rozmowy cichną. Zaczyna grać muzyka. Po paru chwilach kurtyna rozsuwa się i na scenę wbiegają... dziewczynki. Niektóre mniejsze, inne większe, najstarsza ma może 11 lat, najmłodsza - chyba sześć. No cóż, kilkulatek w teatrze się nie spodziewałam. Z zaciekawieniem śledzę losy małej Ani ("nie Andzi!") Shirley, która trafia do sierocińca. Później obserwujemy nieco starszą bohaterkę, kiedy to czeka na swego nowego opiekuna - Mateusza Cuthberta. Gdy przybywa na Zielone Wzgórze, okazuje się, że jego siostra -  Maryla nie jest zbytnio zadowolona z jej przybycia - to miał być chłopiec!
W trakcie spektaklu obserwujemy "cztery Anie" - czyli cztery etapy jej życia. Najpierw uroczą, ale stanowczą małą Anię, w którą wcieliła się Marysia Hołubińska, później starszą, temperamentną marzycielkę - Aleksandrę Huczek, następnie nastoletnią, mniej lekkomyślną, ale dalej pozytywnie szaloną bohaterkę - Zuzannę Pyclik. Na samym końcu poznajemy dojrzałą Anię, która jednak nie wyrosła tak całkiem ze skłonności do fantazjowania. W tej roli Dorota Nycz. Kompozycja spektaklu była przemyślana i spójna. Podobało mi się to, jak płynnie następowało przejście z jednej sceny w drugą.
Ujęła mnie pomysłowość twórców - balustrada wcale nie pełniła roli balkonu. Była powozem, stołem, łódką, ladą sklepową, ale nie balkonem. Fakt, że Mateusz i Ania wjechali do miasteczka, nie został wskazany wniesieniem na scenę dodatkowych rekwizytów, ale pojawianiem się na niej kolejnych aktorów - goniących się dzieci, plotkujących kobiet, ojca idącego z córką, matki strofującej syna. Muzyka, niby wciąż ta sama pasowała świetnie do całego przedstawienia. Piosenka "Scarborough Fair" w celtyckim wykonaniu, która była motywem przewodnim, nadawała niezwykłej delikatności, a momentami nostalgii inscenizacji. Gra świateł nie była skomplikowana, ale podkreślała to, co ważne. Kostiumy Anny Wiei były genialne - proste i wyszukane zarazem. Trochę przeszkadzała mi natomiast głośno pracująca kurtyna.
Większości scen towarzyszyły dialogi - były jednak też takie, w których nie padło ani jedno słowo - aktorzy przekazywali jej treść za pomocą gestów. Proporcje między jednymi a drugimi scenami były odpowiednie. Moją ulubioną sceną jest zdecydowanie "pijany podwieczorek". Została ona dodatkowo rozszerzona - brały w niej udział nie tylko Ania i Diana, ale także inne dziewczynki, co pozwoliło pokazać się większej grupie osób. Nie podobało mi się to, że scena z nastoletnią Anią była tylko jedna - podczas gdy w książce było ich mnóstwo. Rozumiem, że nie można całej treści lektury zawrzeć w  krótkim spektaklu, ale szkoda, że nie mogłam zobaczyć mojego ulubionego momentu z książki - tego, jak Ania chodzi po dachu.
Aktorem, który skradł mi serce był Marek Czarnomiedza, który zagrał Mateusza. Został on idealnie dobrany do tej roli! Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałam, a jego głos był taki, jakim miałam nadzieję go usłyszeć! Lekka wada wymowy aktora dodawała kreowanej przez niego postaci naturalności. Interesująco przedstawił on swojego bohatera. Grał bardzo przekonująco, świetnie czuł swoją rolę.
Widowisko porwało publiczność, wzbudziło wiele emocji. Mimo swoich nielicznych wad, spektakl ogromnie mi się spodobał - bawił, wzruszał, był niesamowicie oryginalny. Mogłam odkryć przygody Ani Shirley na nowo - choć już je znałam, spojrzałam na nie z innej perspektywy.

"Ten jest piękny, kto tworzy piękno" powiedziała kiedyś Lucy Maud Montgomery, autorka "Ani z Zielonego Wzgórza". Moim zdaniem odtwórcy ról i twórcy adaptacji pokazali, ile piękna mają w sobie, prezentując nam historię Ani - największej marzycielki w dziejach literatury.
***
Pozdrawiam jeszcze raz i życzę miłych wakacji!
Pozdrawiam!
Muminek

niedziela, 14 czerwca 2015

35 dziewczyn. Jedna korona.

Witam!
W tę piękną nieznośnie upalną i w ogóle ja nie chcę jutro do szkoły! niedzielę, przychodzę do Was z recenzją... "Rywalek" Kiery Cass, czyli książki, którą przeczytałam z polecenia pani bibliotekarki :D
Tym razem recenzję podzielę na kilka etapów ocen, ponieważ mam dużo do oceniania.
Fabuła
Zaczęły się Eliminacje, podczas których książę Maxon ma sobie wybrać żonę spośród 35 dziewcząt. Aha - w Illei, bo tak się nazywa królestwo, występuje podział na klasy - jedynki to rodzina królewska, a ósemki - żebracy. America jest piątką, czyli należy do klasy artystów. Jej rodzinie powodzi się średnio, a więc kiedy okazuje się, że Ami ma pojechać do pałacu wszyscy się cieszą, ponieważ mają szansę zdobyć trochę pieniędzy.
Ale, ale - Ami uważa księcia Maxona za zadufanego w sobie pyszałka i kocha innego - a mianowicie Aspena, który jest szóstką. Muszą utrzymywać swoje spotkania w tajemnicy przed rodziną i, przede wszystkim, przed władzami.
No błagam. Czyż to nie brzmi jak Igrzyska Śmierci bez krwi i w eleganckich strojach?!
Na początku byłam sceptyczna. Baaardzo. Bohaterka przypadła mi do gustu z upływem czasu - ludzie, ona gra na pianinie! - ale na początku tych podobieństw do Igrzysk było stanowczo za dużo.
Wspomnijmy chociażby o tym, że biedna bohaterka zgłasza się do emitowanego na żywo reality show jeśli mogę tak to nazwać, ze względu na rodzinę, ale nie chce zostawić jeszcze biedniejszego ukochanego, z którym spotyka się potajemnie. Hm, coś mi to przypomina.
Potem na szczęście autorka jakoś sobie radzi, prowadzi tę historię po swojemu, zaskakuje nas, czego się nie spodziewałam - myślałam, że to będzie takie wdzięczenie się za księciem przez jakieś trzysta stron.
Jeśli mam ocenić całokształt fabuły, to daję 7/10.

Bohaterowie
Fajnie wykreowani. America przypadła mi do gustu, jak już pisałam, na początku była taka niezdecydowana i niby chce dobrze dla innych, ale "co ona będzie z tego miała?". Mimo wszystko potem zmienia się. No, może niekoniecznie podoba mi się jej zachowanie pod koniec książki, ale nic nie powiem :)
Maxon jest... O Boże, ja go ogromnie lubię!! Wprawdzie z reguły jestem za tymi "biedniejszymi" (Gale, nie Peeta!), ale Maxon jest... No... Ładny, inteligentny, zabawny, przekochany i poważny kiedy trzeba, robi różne rzeczy zawsze słusznie...
Aspen...?
Aspena nie lubię. Nie podoba mi się ta jego szlachetność. Niby to się chwali, ale to jest przesadzone, naprawdę.
Inni bohaterowie  - jeśli chodzi o inne kandydatki to bardzo lubię Kriss i Marlee ja też nie wiem, skąd autorka bierze te imiona nienawidzę Celeste i absolutnie uwielbiam pokojówki Ami. Niezbyt lubię jej rodzinę - matka i siostra są zakręcone tylko na chłopców i pieniądze, tak mi się wydaje. Na szczęście tata i brat Americi są całkiem, całkiem, tak dla równowagi :)
 Ocena: 10/10 , bo pal sześć Aspena i rodzinę Ami, dzięki temu ta opowieść jest barwniejsza!
Okładka jest bardzo ładna, ale ja nie oceniam okładek tylko książki.
To może jeszcze o stylu autorki:
Kiera Cass pisze lekko, przyjemnie, bez jakiegoś tabunu skomplikowanych słów (Polu, tam się w ogóle nie pojawia słowo "zacnie" !. Mogłoby być bardziej wymyślnie, ale główna bohaterka jest taka prosta i wbrew wszystkiemu i wbrew sobie, że nawet mi to pasuje.
Ocena: 9,5/10
Podsumowując:
Książka dobra, wcale nie infantylna, łatwa, do przeczytania w kilka dni. Może nie wszystkim przypadnie do gustu, ale ja ją nawet polubiłam. A tak w skrócie - sięgnę po następne tomy :3
Ocena ogólna: 26,5/30 
***
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tą recenzją :)
Pozdrawiam!
Muminek

niedziela, 7 czerwca 2015