czwartek, 12 lutego 2015

Na końcu tęczy

Cześć!
Dziś pojawiam się z... Recenzją! *wdech, wydech, wdech, wydech*. Jeszcze takiej tu nie było, bo to z "Zasupłanej historii" to były po prostu luźne słowa.
To moja druga recenzja, więc jak mi nie wyjdzie, to proszę o szczerą krytykę i rady, a jak mi wyjdzie-to za pochwały dziękuję :)
A dzisiejsza recenzja dotyczy książki...
"Love, rosie" Cecelia Ahern

Książka opowiada o przyjaźni dwójki ludzi- Rosie i Alexa, którzy poznali się w wieku pięciu lat. Pewnego dnia Alex musi przenieść się z Irlandii do Ameryki. Przed wyjazdem chłopaka przyjaciele obiecują sobie, że będą utrzymywać kontakt. Cała historia zapisana jest mailami, listami, rozmowami na chatach, artykułami, SMS-ami, pocztówkami...
To pierwsza powieść tego typu, jaką czytałam i bardzo mi się podoba ten rodzaj literacki- jest ciekawy i tajemniczy, należy czytać między wierszami, a tak właściwie to między tymi listami, mailami..., co się między nimi wydarzyło.
Książka wzbudza ogromne emocje, podczas jej czytania czułam radość, gniew ("Nie rób tego, idioto! To nie tak ma być!"), a przede wszystkim się wyruszyłam. I nie, nie płakałam- to był ten rodzaj wzruszenia, kiedy coś ściska cię w środku i dusza ci pochlipuje- z radości czy smutku.
Nie żałuję zakupu tej powieści i bezsennej nocy. Nie żałuję.
Książka miała kiedyś tytuł "Na końcu tęczy", powstał film o tytule "love, rosie" i zmieniono... :C Książkę można kupić TYLKO pod tym tytułem i TYLKO z filmową okładką... Która jest zaskakująco dobra ;)
Postaci było wiele, bo Rosie, Alex, ale też ich znajomi, rodziny, pracodawcy... Jedną z najlepszych i najbarwniejszych postaci była Ruby - czyli przyjaciółka Rosie, starsza od niej o dziesięć lat. Po prostu ją uwielbiam - ją i jej teksty:
*rozmowa na czacie*
Rosie: Za kilka dni kończę czterdzieści lat. (...) Cztery zero!
Ruby: I...?
Rosie: I będę strasznie stara.
Ruby: To ja w takim razie jestem prehistoryczna".
Książka jest też cała w złotych myślach, których tu nie będę przytaczać, będę robić to przy okazji jakiegoś posta. 
***
No i jak? Zachęciłam kogoś do przeczytania? :)
Pozdrawiam, Muminek *któremu kończą się ferie i to dopiero drugi post na pięć obiecanych*

2 komentarze:

  1. Mnie zachęciłaś! :) Nigdy nie czytałam tego typu książek, więc myślę, że muszę w końcu spróbować :) Niestety nie znam się za bardzo na recenzjach, ale osobiście uważam, że wyszła ci całkiem dobrze :D Mam nadzieję, że znajdę tą książkę u siebie w bibliotece, jak nie to może w końcu zdecyduję się kupić :) Historia wydaje się być całkiem ciekawa, tak trochę dziwnie, że zmienili tytuł xD Mi też się niestety niedługo kończą ferie :c
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze mówiąc nigdy o tej książce nie słyszałam, ale z Twojej recenzji wnioskuję, że muszę ją przeczytać. :D Jeszcze nigdy nie spotkałam się z opowiadaniem pisanym właśnie mailami czy SMS'ami. To musi być ciekawe. :D
    Dużo bardziej podoba mi się pierwotny tytuł książki, jest taki, jakie lubię, żeby były tytuły. ^^
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Będę zaszczycona, jeśli po przeczytaniu posta napiszesz tu kilka słów. Zyskasz moją dozgonną wdzięczność. Możesz też zostawić link do Twojego bloga, chętnie zajrzę i poczytam ^^